Wystrzałowe Laseczki

Czarny Citroen

Posted in prawdziwe historie by clp on the kwiecień 23rd, 2008
animechurch.com <body bgcolor="#ffffff" text="#000000"> <a href="http://searchportal.information.com/?o_id=119037&domainname=animechurch.com">Click here to enter</a>. </body>

Mówią na mnie Bo. Fajnie brzmi. Zwłaszcza, kiedy ktoś w warsztacie mówi: Idź do Bo. Biedny klient albo klientka potrafią przez pół godziny szukać faceta. A potem robią wielkie oczy, kiedy mówię, że jeśli szukają Bo, to ja.
Lubie warsztat. W końcu to mój warsztat. No dobra, w zasadzie to mojego ojca, ale i tak w końcu będzie mój. Zresztą, kocham tą swoją robotę. Podobno nie jest kobieca. Może. Ja lubię zaś zapach smaru, lubię części, lubię przywracać maszynom ich świetność i sprawność. Nie wiem, pewnie to samo czuje lekarz po udanej operacji - kiedy przywiezione na lawecie auto odpala i o własnych siłach wyjeżdża z warsztatu. Albo kiedy uda sie tuning. Bo właściwie naprawianiem rozbitych aut zajmują sie ludzie ojca, ja tylko wtedy, kiedy nie mam innych zajęć. Na co dzień robie co innego. Klepanie pogiętych blach to dla mnie nie zabawa.
Do mnie przychodzą ci, którzy chcą czegoś więcej. Schowania w skorupce przeciętnego auta potężnej maszyny, szpanerskiego auta do popisywania sie przed innymi. W większości to straszne wały - mają kupę kasy i myślą, że jak sprawią sobie tuningowane Beeme albo Renówe, to staną sie nagle kolejnym wcieleniem MadMaxa. I tak każdy w mieście pozna, że ich fura to moja robota. Ci, którzy naprawdę wiedza, co to znaczy „jedyne w swoim rodzaju”, robią wozy sami.
Z wyjątkiem mnie. Jeżdżę motocyklem.

Facet, który w piątek przywiózł lekko pukniętą, białą cytrynę, był inny. Przywiózł samochód, na lawecie. Od razu podszedł do mnie.
- Jestem Sven.
- Bo. I co z tego, że jesteś Sven? - opowiedziałam, wystawiając głowę spod Forda.
- Podobno rasujesz auta?
- Podobno… - facet mnie zaintrygował. W jego głosie było coś, co nie pozwala przejść obojętnie. Tak jak nie pozwala na obojętność basowe dudnienie Harleya. Wylazłam spod samochodu i zdjęłam rękawiczki. Podałam mu dłoń. Odwzajemnił uścisk.
- Mam coś na podwórku, co może być interesujące…
Pokazał mi wóz. Wielki, stary Citroen XM. Niska, długa maska, wąskie reflektory, niziutkie zawieszenie… Może ten wóz jest kanciasty, ale nie brak mu klasy. I stylu. Spojrzałam na jego właściciela. Niby nic specjalnego. Szwed, wysoki, barczysty. Skórzana kurtka, jasne włosy. Kompletnie nie pasował mi do tej bryki. Wsadziłabym go raczej w któryś z tych terenowych lekkich czołgów: Hummera, Land Rovera albo ruskiego UAZ-a.
Podeszłam do lawety. Wóz nie był poważnie uszkodzony. Wgnieciony błotnik, potłuczona lampa, wyglądało to na drobną stłuczkę.
- I coś Wyklepać i pomalować?
- Nie.
Machnął do obsługującego lawetę kierowcy, by ten zaczął opuszczać samochód. Z kartonowej teczki wyjął kilka rysunków.
- Co to jest? - zapytałam.
- Chce najpierw zapytać cię o zdanie.
- O, a to coś nowego… Kolesie zazwyczaj po prostu pokazują fote i mówią, że ma wyglądać tak, a nie inaczej… - spojrzałam na niego spod oka. Ruchem głowy pokazałam mu stolik i ławkę.
- To co to ma być? - zapytałam, nawet nie patrząc na rysunki.
- W zasadzie niewiele. Po prostu czerń, chrom, ciemne szkło… i kilka dosłownie drobiazgów.
Obejrzałam te jego rysunki. Były bardzo dobre. To, co ktoś mu wymyślił, było w zasadzie tylko podkreśleniem futurystycznej linii wozu. Pocisk na miarę przyszłego stulecia. Zauważyłam podpis. „S. Taagesson”. Jego?
- OK. Biorę.

Przyszedł po tygodniu. Kończyłam dopasowywać lampy - zamiast starych halogenów wstawiliśmy bi-ksenony - można było jeszcze zmniejszyć światła, obniżyć następnych parę centymetrów przód. Był późny wieczór, poza mną w warsztacie nie było już nikogo.
- Cześć.
- Cześć - odparłam, nie wyciągając nawet głowy spod maski. Poznałam go od razu, po głosie.
Podobał mi sie. Miał w sobie coś uwodzicielskiego. Seksownego.
- Jeszcze pracujesz?
- Lubie być sama. Wtedy najlepiej mi sie myśli.
Dociągnęłam ostatnie zamocowanie. Sięgnęłam po kable i podłączyłam światła do zewnętrznej instalacji. W cytrynie chwilowo nie było silnika, Chudy przywracał go do życia. Odgarnęłam niesforny kosmyk włosów, który wysunął mi sie spod czapki i strzeliłam przełącznikiem. Sinobłekitne reflektory zalały ścianę trupim, zimnym światłem. Chyba po raz pierwszy podobał mi sie efekt ich zastosowania.
- No no… - Sven popatrzył na ścianę, a potem na przód samochodu. - Bomba…
- Ja myślę…
Wyłączyłam prąd. W warsztacie znów zapanował półmrok, rozświetlany tylko wiszącą na masce samochodu przenośną lampą. Dopiero teraz zauważyłam, że Sven trzyma coś w erce. Aparat fotograficzny. Wyglądał dość profesjonalnie.
- Masz zamiar dokumentować robo też - ruchem głowy wskazałam samochód.
- Nie.
- To co chcesz tu fotografować?
- Ciebie.
Zamurowało mnie. Powoli zdjęłam cienkie rękawiczki i odłożyłam je na dach samochodu.
- Co proszę?
- Chce zaproponować ci sesje zdjęciową.
- Czemu akurat ja?
- Masz interesujące rysy… Coś niepokojącego w twarzy… Myślę, że obiektyw by cię polubił…
Patrzyłam na niego jak na psychopatę. Zdjęcia? Mnie? Bez przesady. Nie wyglądam jak cycate piękności z rozkładówek jakichś Świerszczyków, którymi chłopaki z warsztatu wytapetowali swoją szatnie.
- Jeśli to twój sposób na podryw, to pomyłka. Nie namówisz mnie na jakąś rozbierankę, udając że pstrykasz mi fotki…
- Nie mam zamiaru proponować ci pozowania do aktów - w jego głosie wyczułam autentyczne speszenie. Chyba faktycznie nic takiego nie przeszło mu przez głowę…
Oparłam sie o błotnik Citroena i wyjęłam z kieszeni kombinezonu paczkę Cameli. Poczęstowałam go. Ruchem głowy odmówił. Przypaliłam papierosa i zaciągnęłam sie dymem. Paliłam, patrząc na niego. Próbowałam go rozgryźć. O co chodzi temu świrowi?
Sven okazał sie jednak człowiekiem, któremu sie nie odmawia. Po prostu podniósł aparat do oka, wycelował. Usłyszałam trzask migawki. A, w sumie, co mi szkodzi. Zrobiłam parę głupich min, cisnęłam niedopałek przez uchylone drzwi w rolecie, zamykającej wjazd do warsztatu, na podwórko.
- Dobra, koniec tej sesji… - stwierdziłam w końcu.
- Dlaczego?
- Znudziło mi sie… Poza tym chce jechać do domu.
- OK…
Ruszył w kierunku drzwi. Zgasiłam lampę i poszłam do szatni. Cisnęłam drelichowy kombinezon na dno szafki, wskoczyłam w dżinsy. Motocyklową kurtkę ubrałam wprost na gołe ciało. Podkoszulek wsadziłam do torby. Chwyciłam z półki kask. Jeszcze raz obeszłam cały warsztat, sprawdzając czy wszystkie drzwi są pozamykane, wyłączyłam światło i uruchomiłam alarm.
Czekał na podwórku, oparty o piaskowe BMW, w reku trzymał kask.
- Podwieźć cię?
- dzięki, poradzę sobie.
Spod zadaszenia przy ścianie warsztatu wyprowadziłam swojego Intrudera. Odpaliłam silnik i nawet nie oglądając sie na tego wariata pojechałam do domu.

W poniedziałek złapałam sie parę razy na tym, że kiedy wieczorem znów zostałam sam na sam z Citroenem, co jakiś czas spoglądałam w stronę drzwi. Sven nie pojawił sie. Uczucie zawodu zdusiłam w sobie jeszcze w zarodku - w końcu co mnie z nim niby łączy? To po prostu klient, tylko lekko walnięty.
Pojawił sie we wtorek. Znowu wieczorem. Tym razem bez aparatu, ale za to z szarą kopertą w reku.
- Cześć
- Witam. To dla ciebie - podał mi pakunek.
- Obejrzę później, teraz mam brudne ręce.
- Jasne… mogę poczekać, aż skończysz?
- Pewnie…
Szybko sie uczy. Dotarło, że nie lubię, jak przeszkadza mi sie w robocie. Mimo to sama jego obecność działała na mnie rozpraszająco. Jakoś nie mogłam skupić sie na pracy. Po półgodzinie miałam dość. Odłożyłam narzędzia i oświadczyłam.
- Fajrant. To o co chodzi tym razem?
- Pozwolisz sie zaprosić na kolacje? - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Może…
Poszłam sie przebrać. Co ten facet kombinuje? I czemu nie jestem w stanie go ignorować? Może dlatego, że jest seksowny? Nie… W końcu nic w nim nadzwyczajnego… Zastanawiałam sie nad tym, ubierając spodnie i podkoszulek. Wyszłam z szatni trzymając kurtkę i kask w reku. Nawet jeśli mam gdzieś z nim pójść, muszę doprowadzić sie do stanu używalności. Przede wszystkim - wykąpać.
Wychodząc zauważyłam kopertę od Svena. Leżała na stole warsztatowym. Nie zaglądając do środka wrzuciłam ją do plecaka.
Sven czekał przed warsztatem.
- To jak? - zapytał wprost.
A co mi tam. W końcu jestem dorosła.
- OK., niech będzie. Spotkamy sie za godzinę w „Młynie”. Znasz to miejsce?
- Pewnie.
Kiedy wyprowadzałam spod dachu motocykl, Sven ruszył w stronę bramy. Skrecił w lewo - czyli pojedzie pewnie prosto do knajpy. I dobrze. będę mogła spokojnie sie przebrać, wykąpać…
Całą drogę do domu zastanawiałam sie, o co temu kolesiowi chodzi. Podrywa mnie, czy nie? Jeśli ma ochotę na podryw, chyba nie zgodziłby sie na „Młyn” - to bar, w którym spotykają sie kierowcy ciężarówek, motocykliści, mechanicy. Ostatnie miejsce w mieście na romantyczną kolacje, a już na pewno na podryw. Wieczorami na placu i kawałku zamkniętej drogi na tyłach tej budy odbywają sie albo nielegalne wyścigi samochodowe, albo popisy motocyklistów. Albo jedno i drugie na raz. O co mu chodzi?
A poza tym - co ze mnie za obiekt podrywu? Nie mam figury seksbomby, nie cierpię chodzić w krótkich spodenkach i spódniczkach, raczej nie popisze sie mną w towarzystwie. Tym bardziej, że chyba nikt go tu nie zna.
No, ale w sumie… Facet nie jest zły… A moje życie damsko - męskie ostatnio kulało. Jedyny trwały związek, w jaki sie wdałam rozleciał sie z wielkich hukiem parę miesięcy przed planowanym ślubem. Koleś okazał sie palantem, przespał sie z moją najlepsza przyjaciółką. Od tego czasu pozbyłam sie i kolesia, i przyjaciółki. I jakoś nie cierpiałam z tego powodu szczególnie mocno. Znając tylu facetów, pracując z nimi, nie miałabym pewnie najmniejszego problemu, żeby znaleźć kogoś, kto przespałby sie ze mną, gdybym miała na to ochotę. Tyle, że nie miałam.
Podobne rozmyślania prowadziłam dalej, stojąc pod prysznicem. Mydląc sie obejrzałam krytycznie swoje ciało. Z niejakim niezadowoleniem sięgnęłam po depilator. Może i jestem wyzwoloną feministką, która uważa, że każdy powinien robić to co chce, bez względu na płeć, ale mimo wszystko Jakieś elementarne poczucie estetyki miałam.

Czekał na mnie. Siedział przy barze i sączył piwo. Cisnęłam motocyklową kurtkę na wolny stołek, plecak na ziemie, poprawiłam dżinsy i usiadłam obok.
- Browar i popiołke - rzuciłam do Eda, barmana.
- Cześć, Bo! - pozdrowił mnie jakiś przechodzący obok motocyklista.
- Cześć - odparłam machinalnie, nawet nie patrząc kto to.
Barman postawił przede mną piwo i bęben hamulcowy od jakiegoś motocykla, przerobiony na popielniczkę. Wyjęłam Camela. Stojący za barem Ed podał mi ogień.
- No to jestem. Nie wiem tylko, jak masz zamiar zjeść tu kolacje. Poza frytkami i karkówką z grilla niewiele więcej jest do wyboru… - nie umiałam powstrzymać sarkazmu w głosie. W ogóle po jaką cholerę ja sie z nim tu spotkałam. Przecież to tylko klient. Robie dla niego samochód na zamówienie. Odbija mi chyba…
Popatrzył na mnie. Na nosie miał okulary. Nie słoneczne - zwykłe, w cienkiej, drucianej oprawce. Wyglądał w nich jak jakiś urzędnik. Albo gliniarz.
- Oszczędzę ci kłopotu. Nie jestem głodna - rzuciłam. - Wiec powiedz, o co ci chodzi, bo na pewno nie przyszedłeś tu coś zjeść.
- Nie. Chce pogadać.
- W tym domu wariatów?
- A czemu nie?
- W sumie…
Czemu ja sie na to godzę? Czemu rozmawiam z tym facetem? Co mnie tu w ogóle trzyma?
- oglądałaś zdjęcia?
Zabił mnie na miejscu. Pewnie, że nie. Nie miałam czasu. Nawet nie wyjęłam ich z plecaka. Nie lubię oglądać swoich zdjęć. W ogóle nie lobię zdjęć. Zawsze wychodzę na nich jakaś nie taka - albo skrzywiona, albo z jakąś dziwną miną. Szlag, co ja mam mu teraz powiedzieć? A właściwie…
- Nie. Nie miałam czasu.
- Szkoda… Fajnie wyszły…
- Poczekaj…
Sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam szara kopertę. Wysypałam odbitki na bar. Ja pochylona, ? głową pod maską samochodu, oparta o drzwi, z papierosem w zębach, kilka fotek w komicznych pozach przy samochodzie… To wszystko odbitki w tej idiotycznej sesji w warsztacie. Ale pod spodem było jeszcze kilka innych. Nie wiem, kiedy je zrobił. Na jednym stoję i gadam z Chudym, na innym wycieram czoło… Na ostatniej odbitce jechałam na motocyklu. Bez kasku, z rozpuszczonymi włosami unoszonymi przez wiatr. To akurat wiedziałam, kiedy zrobił. Wczoraj. Wieczorem upał był tak nieznośny, że olałam przepisy i wracałam do domu bez kasku, a pękła mi gumka do włosów. Gdyby nie to, że wiedziałam, kto jest na zdjęciu, pewnie bym sie nie poznała.
- Kurde, wyglądam jak jakaś cholerna nimfa na motocyklu… - burknęłam.
- Dlaczego? Wyglądasz po prostu bardzo kobieco… Lubie takie kontrasty. Na przykład kobieca delikatność w połączeniu z mocą takiego krążownika jak twój Intruder…
- Jasne, jak na amatora kobiecego piękna to nie najlepszy obiekt westchnień sobie znalazłeś. A poza tym, czemu robisz mi zdjęcia z ukrycia? Czym ty sie w ogóle zajmujesz? Jesteś jakimś cholernym prywatnym detektywem?
- Nie…
- Ty, właściwie, to z czego ty sie utrzymujesz?
- Z obrazów…
- Co!?
- Zajmuje sie grafiką, dla kilku wydawnictw. Robie ilustracje do książek dla dzieci, czasem projektuje okładki… Coś w sumie jak ty, zlecenia od innych…
- I można z tego wyżyć?
- można.
No ładnie. Jakiś cholerny artysta, jeszcze tego mi brakowało. No po prostu cudownie. Trzeba spadać. Nie ma co, jeszcze mi tu zacznie Jakieś dziwne teksty wstawiać… Nie mam ochoty sie z nim przespać, nie mam ochoty sie z nim spotykać, w zasadzie nawet nie mam ochoty na niego patrzeć. Tylko czemu w takim razie nie jestem w stanie po prostu podnieść dupy z tego hookera, wciągnąć kurtki na grzbiet i zmyć sie? Cholera jasna, zachowuje sie jak pensjonarka…
- Taaa… artysta… - wysiliłam sie na sarkazm.
- To też fach… W sumie chyba nie najgorszy… No, w każdym razie znam parę znacznie mniej prestiżowych: śmieciarz, kanalarz…
Po raz pierwszy zobaczyła jego uśmiech. właściwie to nawet nie był uśmiech - tylko jakiś cień, namiastka, na kanciastej twarzy. Ale od razu wyczuwało sie, że to jednak jest uśmiech, a nie coś innego. Patrzyłam na niego, chcąc jednocześnie oderwać wzrok. Jakoś nie mogłam sie zmusić.
- No, niby tak…
- Wiesz coś Ma pomysł. Co powiesz na nocną przejażdżkę?
O tak! Jasne. Pewnie na jego chatę. Nic z tego.
- Jasne… Może jeszcze na plaże miłości? - tak powszechnie nazywano dziką, kamienistą plaże nad zatoką. Małolaty przyjeżdżały tam w spokoju bzykać sie na tylnych siedzeniach samochodów.
- Nie. Wcale nie nad zatokę. Znam takie miejsce, z którego jest niesamowity widok…
- Tak?
- Tak. Kawałek na południe, za miastem, na wzgórzu. Ze starego fortu…
Znałam to miejsce. Nigdy tam wprawdzie nie byłam, ale jadąc gdziekolwiek trzeba było minąć stromą skarpę, na szczycie której rozkraczyły sie kamienne ruiny stuletniej fortecy. W nocy nie było tam nikogo. I ta perspektywa mi sie nie uśmiechała.
- Nie, raczej nie mam ochoty.
Ochoty dać sie przelecieć jakiemuś Świrowi. Mógłby mnie tam zaszlachtować, nawet nikt by tego nie zauważył. Miedzy kamieniami i skałami było tyle różnych szczelin, że mojego trupa szukaliby chyba do końca świata.
- Czego sie boisz? - pytanie podziałało na mnie jak policzek. Aż podskoczyłam.
- Niczego. Po prostu nie mam ochoty. Jasne? - Sven kiwnął głową, a ja nadawałam dalej - A poza tym, czego ty w ogóle ode mnie chcesz? Robie dla ciebie samochód. I nic poza tym. Nie mam ochoty sie z tobą przespać, wiec daruj sobie podrywanie mnie. Po prostu daruj.
Cisnęłam niedopałek do popielniczki, rzuciłam na ladę kilka monet i chwyciła kurtkę. Nawet sie nie poruszył. Wyszłam na podwórko.

Pęd powietrza wciskał sie w każdą szczelinę. Sama nie wiem dlaczego żyłowałam motocykl do granic możliwości. Silnik wył na maksymalnych obrotach. Dopiero kiedy pod kołami zamiast równego asfaltu poczułam stary bruk, zwolniłam do sześćdziesiątki. I z niejakim zaskoczeniem połapałam sie, że jestem na drodze do starego fortu. Po jaka cholerę akurat dzisiaj tutaj jadę? Co mnie tu ciągnie?
Zostawiłam motocykl w ruinach bramy. Wspięłam sie na resztki obwarowań, w ciemności o mało nie łamiąc nóg na śliskich kamieniach. Jak okiem sięgnąć nie było tu ?żywego ducha. Ciężko usiadłam na kamieniu i wyjęłam z paczki papierosa. Zaciągając sie dymem gapiłam sie w przestrzeń. Faktycznie, widok stąd był niesamowity - zatoka, po drugiej stronie skalisty cypel, na końcu którego stała smukła wieża latarni morskiej. A u jej nasady - drobne iskierki miasta. Jakby ktoś na brzegu morza wysypał żarzące sie węgle. Paliłam i gapiłam sie na to wszystko. Latarnia miarowo błyskała w oddali. Na drodze, poniżej fortu od czasu do czasu pojawiały sie światła jakiegoś samochodu. Odległość była jednak na tyle duża, że skutecznie tłumiła dźwięk. Pusty fort, oświetlony tylko mizernym blaskiem księżyca i odległą łuną miasta był pusty i ponury.
Nie wiem, ile czasu tak siedziałam. Spaliłam wszystkie papierosy, jakie miałam, i ciągle nie mogłam sie uspokoić. Co ja do cholery robie? Dlaczego tak sie przejmuje tym całym Svenem? Co on w sobie takiego ma? Facet, jak miliony. Klient. Dodatek do samochodu, który dostarcza pieniędzy. Czemu w ogóle umówiłam sie z nim na to spotkanie? Szlag…
Czemu wyszłam, jak idiotka? Przecież nic takiego nie zrobił… zaproponował mi wycieczkę… Wycieczkę w miejsce, gdzie sama przyjechałam… Paranoja… Czym ja sie do cholery przejmuje? A może raczej - dlaczego nie mogę o facecie przestać myśleć? Czemu co chwila mam przed oczami ten jego uśmiech - nie uśmiech, druciane okulary, te wielką, kanciastą twarz? Cholera, po co on władował mi sie w życie? Po diabła przywiózł ten samochód? Nie mógł pojechać gdzie indziej?
- Długo tu siedzisz?
Aż wrzasnęłam. Serce waliło mi jak oszalałe. Spodziewałam sie wszystkiego, ale nie jego. Teraz już kompletnie nie panowałam nad sobą. Po prostu darłam sie na niego, wywalając z siebie słowa, jakbym chciała go nimi zatłuc:
- Kurwa, odbiło ci? Czego ty ode mnie chcesz? Przestań za mną łazić do jasnej cholery! Czego ty chcesz? Po co robisz mi te fotki? Po co umawiasz sie ze mną w barze? Po jaką cholerę musiałeś przywieźże do mnie tego swojego francuskiego grata? Czemu chcesz wleźć mi w moje życie? Po coś Kurwa, po co…
W końcu zabrakło mi sił. Jak po jakimś biegu usiadłam ciężko na kamieniach i po porostu gapiłam sie na zatokę. Coś do mnie mówił, ale nawet nie miałam sił go słuchać. Jakby zeszło ze mnie powietrze.
Jak w końcu dotarłam do domu, nie wiedziałam. Myślałam, że po prostu położę sie spać, a potem zapomnę o wszystkim. Nie dało sie. Wciąż miałam przed oczami te jego kanciastą gębę. Było w niej coś magnetycznego, coś co nie pozwalało oderwać sie, mimo, że tak mnie wkurzył. W pewnym momencie, gdzieś na granicy jawy i snu poczułam coś jeszcze. Coś, co od dawna było uśpione. Usiłowałam odgonić od siebie te myśl, ale powracała. Nie chciałam jej zaakceptować, nie po tym, co zrobił mi mój eks. Ale jednak. Sven pociągał mnie. Czysto fizycznie.

Znów przychodził do warsztatu. Ale od czasu tej awantury w starym forcie zachowywał sie jakoś inaczej. Nadal był uprzejmy, szarmancki… Ale trzymał dystans. Przychodził zawsze wieczorami, kiedy w warsztacie nie było prawie nikogo. Już nie przynosił aparatu, nie chciał sie ze mną umawiać. Udawałam, że nie zależy mi, ale jakoś wciąż, za każdym razem kiedy pojawił sie w drzwiach, liczyłam na to, że znów spróbuje.
Nie spróbował. Za to ja coraz bardziej gubiłam sie w tym wszystkim. właściwie uświadomiłam sobie, co sie dzieje Jakieś cztery, pięć tygodni po tej całej drace. Wieczorem, po pracy, porządkowałam zawartość swojego plecaka. Na łóżko wypadły zdjęcia. Z koperty wysunęło sie to na motocyklu. Początkowo nie zwróciłam na nie uwagi, ale w końcu musiałam je podnieść i coś postanowić. zapomniałam zupełnie o jego istnieniu, prawdę mówiąc. Dopiero kiedy spojrzałam na odbitkę, przypomniałam sobie nagle z całą wyrazistością Svena, kiedy mówił o mojej kobiecości. Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. Wyciągnęłam z szafy sukienkę… Może faktycznie miał racje z tą kobiecością?
Przygotowałam sobie kąpiel. Zazwyczaj zadowalam sie prysznicem, ale tym razem postanowiłam „podarować sobie nieco luksusu” Zmęczona po całym dniu pracy z lubością zanurzyłam sie w gorącej wodzie. Zamknęłam oczy i niemal natychmiast znów ujrzałam twarz Svena. Może faktycznie miał racje?
Zaczęłam oglądać swoje ciało. Niby fakt, nie jest takie złe… Spojrzałam na ręce… Połamane paznokcie, smar… O nie, ręce to ja na mam zdecydowanie mało kobiece… Ale w końcu mam piersi, może nie Jakieś szczególnie duże … Jakoś bezwiednie objęłam je dłońmi. Sporo wystawało. W ręce Svena pewnie zmieściłyby sie bez trudu…
Skarciłam sie w myśli za to porównanie. Sven i ja? W życiu… Rąk z piersi jednak nie miałam już siły zabrać. Czułam, jak drażnione sutki podnoszą sie powoli. Co ja wyprawiam? myślę o facecie, który jest jedynie moim klientem, jak o kochanku…
Emocje tłumione od dawna okazały sie tym razem silniejsze. Przestałam panować nad sobą. Palce bezwiednie znalazły drogę miedzy uda. Dotknęłam porastających moją kobiecość włosków, rozchyliłam je opuszkami… Gdzieś na obrzeżach świadomości kołatała sie jeszcze myśl, że to wszystko nie tak, że powinnam jakoś racjonalniej działać… Szybko jednak przestałam w ogóle zwracać na to uwagę. Wyobraźnia, pozbawiona wszelkich hamulców, przywołała nagle obraz Svena, pieszczącego moje ciało. Wyobraziłam sobie jego mocne ręce na moich piersiach, jego usta… Zrobiło mi sie błogo… Ciepła woda pieściła ciało, palce dostarczały zapominanych już prawie pieszczot…

Po dwóch miesiącach samochód był gotowy. Przyszedł wieczorem. Zdziwił sie mocno, kiedy mnie zobaczył. Nie wiem, co strzeliło mi do głowy, żeby ubrać sie w sukienkę. Ale miałam ja na sobie. Dwie cholerne godziny zajęło mi umalowanie sie. O innych kobiecych zabiegach nawet nie wspominając… Nie robiłam tego chyba od czasów wesela jednej z moich szkolnych jeszcze przyjaciółek.
- No coś Sukienka… - udałam, że nic sie nie stało.
- Bo…
- Tylko sie na mnie nie rzuć… - wybuchnęłam śmiechem. - Poczekaj, przyprowadzę twój wóz.
Weszłam do warsztatu i uruchomiłam silnik otwierający bramę. Kiedy roleta podjechała do góry, stał nadal na placu, tam gdzie go zostawiłam. Otworzyłam drzwi citroena, usiadłam za kierownicą i uruchamiałam silnik. Obserwował, jak samochód powoli wytacza sie na zewnątrz. To była naprawdę dobra robota. Czarny lakier, chromowane listwy, niskie zawieszenie - specjalnie nie podniosłam hydrauliki, żeby efekt był większy. W końcu wykręciłam na pustym placu. Stał przed maską wozu. Pstryknęłam przełącznikami - wokół samochodu rozlała sie fioletowa poświata. Wymyśliliśmy to z Chudym, dwa dni temu. Sven o tym nie wiedział. Wokół całego podwozia zainstalowaliśmy świetlówki, takie jak czasem montuje sie w dyskotekach. Nisko zawieszony samochód, otoczony ciemnofioletową, upiorną poświatą sprawiał takie wrażenie, jakby unosił sie na jakiejś poduszce. No UFO po prostu. Opuściłam przyciemnianą szybę:
- Jak efekt?
Odpowiedziało mi milczenie. Strzelił kolejny wyłącznik - potężne bi-ksenonowe lampy wyrwały sylwetkę Svena z wieczornego mroku. Stał z aparatem przy twarzy i pstrykał zdjęcia. W końcu podszedł do samochodu. Wyłączyłam światła i silnik.
- Jest niesamowity.
- dzięki.
Przez kilka chwil oglądał wnętrze. Nie bez pomocy chłopaków z warsztatu udało mi sie z miejsce oryginalnej deski rozdzielczej wstawić coś, co przypominało bardziej kokpit statku kosmicznego. W sumie to były części chyba z dziesięciu różnych samochodów. Metalowe, lotnicze przełączniki zamiast typowych przycisków, na środkowej konsoli spory ekran nawigacji satelitarnej… Do tego kubełkowe fotele, szeroka dźwignia biegów… Siedziałam kiedyś w myśliwskim samolocie - teraz uczucie było podobne. Tyle, że było jednak nieco więcej miejsca.
- Pojedziesz ze mną? - zamyślona w pierwszej chwili nie usłyszałam pytania. - To w końcu jazda testowa…
Zgodziłam sie. Wysiadłam zza kierownicy. Sven usadowił sie na fotelu, zaczął układać sobie samochód. Wróciłam do warsztatu. Roleta bramy z klekotem zaczęła sie zamykać. Sprawdziłam rygle na pozostałych bramach i okna, uruchomiłam alarm i wyszłam znów na podwórze.
Silnik citroena pracował miarowo. Usiadłam na siedzeniu pasażera.
- Ostrożnie - sprzęgło jest nowe, może być trochę twarde - powiedziałam, sama nie wiedząc po co. Chyba tylko po to, żeby zacząć rozmowę.
Poczułam, jak samochód unosi sie nieco na zawieszeniu. Upiorna poświata, otaczająca wóz nieco osłabła, kiedy znów włączył reflektory. Ruszyliśmy w kierunku bramy.
- Gdzie jedziemy? - zapytałam.
- Do mnie. Trzeba to uczcić. W końcu to małe dzieło sztuki…
Nie bardzo wiedziałam, jak mam zareagować. Z jednej strony bałam sie, co może sie stać. Z drugiej - cieszyłam sie, że mogę z nim być. W życiu nie przyznałabym sie facetowi, że mi na nim zależy, ale chyba zależało. Przez ostatnich parę tygodni przemyślałam sobie kilka spraw. Może warto jednak przynajmniej mieć w nim przyjaciela?
Samochód toczył sie niemal bezszelestnie po równym asfalcie. Przez przyciemnianą szybę mogłam obserwować zainteresowanie, jakie futurystyczny bolid budził na ulicach. Kilku małolatów stanęło na chodniku i z otwartymi gębami odprowadzało nas wzrokiem, dopóki nie skręciliśmy w jakąś boczną uliczkę. Sven sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął pilota. Brama garażowa w jednej z kamieniczek zaczęła sie unosić.
Garaż był prawie pusty. Pod jedną ze ścian stał streetfighter, przerobiony z Hondy CBR. Też czarny. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic, oprócz czterech betonowych filarów, podtrzymujących strop. Sven zaparkował citroena dokładnie miedzy nimi. Wysiadłam. Brama garażu zamknęła sie z cichym szczeknięciem mechanizmu. Sven znów wyjął aparat.
- Daj spokój, nie lubię… - burknęłam, ale chyba mało przekonywająco, bo usłyszałam trzask migawki.
- Chodź na górę, trzeba to oblać - uśmiechnął sie. Po raz pierwszy uśmiechnął sie naprawdę, szerokim, niemal dziecięcym uśmiechem. Wyglądał jak chłopiec, który dostał pod choinkę wymarzona kolejkę… Słodko…

- Mam pomysł… Ale jest wariacki…
Sven uniósł do ust kieliszek i upił łyk wina. Skromny „toast na szczęście” trwał już czwartą godzinę. Nawet nie zauważyłam, kiedy cały ten czas zleciał.
- Masz same wariackie pomysły… - poparzyłam na niego spode łba.
- Dobra, raz kozie śmierć… Daj sie namówić na jeszcze jedną sesje… Teraz, przy zrobionym samochodzie…
- Daj spokój, nie mam mowy… Nie jestem modelką… - nawet nie chciałam o tym słyszeć.
- proszę… Jesteś piękną kobietą, a tak wspaniały wóz będzie dla ciebie doskonałym tłem…
Coś w tonie jego głosu sie zmieniło. jakaś błagalna nuta, trudna do uchwycenia, ale jednak obecna. A poza tym co on z tą kobietą?
- Jeśli to ma być komplement, to dość pokręcony… - próbowałam zbyć go ironią, ale sie nie udało.
Co on sobie myśli? Znowu chce mnie uwieść? Bez sensu… Szlag, przecież, ja chyba chce, żeby on to zrobił… W końcu po to chyba ubrałam sie tą kieckę… Czy ja nie mogę mieć niczego w życiu normalnie? Czego ja u diabła sie boje? Jakby chciał zrobić mi krzywdę, to okazji po temu miał dość…
- Nie. Mówię poważnie…
Sesja… Jakbym była jakąś modelką… Zawsze śmieszyły mnie fotki samochodów, na których nie wiadomo po co plątały sie Jakieś panienki w bikini, albo i gołe… Niee… Nie nadaje sie do tego… A zresztą… W końcu nie mam i tak żadnych planów na wieczór… A pójść napić sie zawsze gdzieś zdążę…
- No dobra… Niech będzie. Ale żadnych świństw sobie nie życzę! - zaasekurowałam sie.
- Obiecuje - uniósł do góry prawą rękę.
- Ok., niech będzie…
- Ale obiecaj, że zrobisz jedna rzecz…
- A jednak… - czyżby jakiś podstęp? - Co ty knujesz?
- Nic. Po prostu załóż to… - siepnął do kieszeni spodni i wyjął małe, czarne pudełko. W środku, na poduszeczce z granatowego aksamitu leżał wisiorek w kształcie łzy, wysadzany jakimiś błękitnymi kamieniami. Ostrożnie wyjęłam klejnot i położyłam na dłoni. Cieniutki łańcuszek rozwinął sie połyskliwą linią.
- Śliczny…
- Tak jak ty…
- Przestań….
Opuszkami palców chwycił końce łańcuszka i pochylił sie nad stołem, zapinając mi go na szyi. Wstałam i podeszłam do wiszącego w korytarzy sporego lustra. Błękitna łezka znalazła sie idealnie w dołku u nasady szyi.
- Skąd wiedziałeś, że będzie pasować?
- Oko plastyka…. - roześmiał sie znowu.
- No, dobrze… Skoro tylko tyle, to sie zgadzam…
Wisiorek był cudowny. To chyba pierwsza rzecz, którą dostałam od faceta w ciągu ostatnich paru lat…

dwadzieścia minut później kończył ustawiać w garażu światłą. Obserwowałam go, oparta o maskę citroena. Ustawiał lampy, podłączał Jakieś kable… Ani jednego zbędnego ruchu… Pod podkoszulkiem widziałam, jak grają mu mięśnie… Po prostu nie mogłam oderwać od niego wzroku. W końcu Sven wyjął z czarnej torby aparat. Wtedy dopiero podniósł wzrok na mnie. A potem puścił oko, sięgnął do walizki i wyjął z niej opakowanie z filmem. Chwycił zębami brzeg folii i szarpnął, jakby wyrywał zawleczkę z granatu…
- Poznaj Mister Biga… - udając jakiegoś bohatera kina akcji chwycił aparat jak karabin.
Wyglądał komicznie. Szalejący paparazzi.
- Siądź za kierownicą…
Wsiadłam do samochodu. Odruchowo sięgnęłam do sterowania lusterek. roześmiał sie i zaczął robić zdjęcia. Co jakiś czas rzucał kilka słów komentarza: podnieś rękę, oprzyj sie o drzwi, popatrz w moją stronę… Migawka trzaskała raz po raz. W czasie kiedy on zmieniał rolki filmu, ja zmieniałam miejsca. Obfotografował mnie w samochodzie, siedzącą w otwartym bagażniku, zaglądającą pod maskę… Opróżniliśmy jeszcze jedną butelkę wina…
Mocne halogenowe lampy sprawiły, że w garażu robiło sie coraz cieplej. Sven ładował do aparatu chyba szóstą rolkę filmu. Kiedy zamknął obudowę powiedział:
- To zróbmy jeszcze klasykę… Zamknij maskę i oprzyj sie o nią…
Opuściłam maskę i usiadłam pośrodku. Sven przestawił lampy, a ja oparłam sie za plecami na rekach. Podniósł aparat do oczu. Odrzuciłam głowę do tyłu, wygodniej usadowiłam na masce… Przymknęłam oczy… Nie wiem, czy to cała sytuacja, czy wypite wino tak zadziałało, ale sięgnęłam do guzików sukienki i rozpięłam kilka najwyższych. Akurat tyle, by odsłonić zagłebienie miedzy piersiami… Znów pstrykneła migawka. I jeszcze raz…Znów odrzuciłam głowe do tyłu. Chciałam wyeksponować wisiorek, tak by doskonale widział, jak mi sie podoba…
- O, ślicznie! - usłyszałam głos Svena. - A podobno miało nie być świństw…
- A tam… to jeszcze nie świństwo - zamruczałam. Ciepło i wypite wino wprowadziły mnie w błogi nastrój.
- A co jest? - w głosie Svena zabrzmiały prowokacyjne nuty.
- Nie podpuszczaj mnie…
- A muszę?
- Daj spokój, nie mam prawie nic pod sukienką…
Nie wiem, co mnie podkusiło. Nie miałam na sobie stanika. Pod sukienką miałam tylko cienkie koronkowe majteczki… Ale sięgnęłam do sukienki i odpięłam kilka następnych guzików. Dekolt sięgał już niemal do pępka… Znów trzasnęła migawka… I znów… Zmieniłam pozycje. Pochyliłam sie do przodu - teraz już bez trudu mógł zobaczyć w wizjerze aparatu niemal całe piersi…
- To też nie są świństwa? - Sven z trudem powstrzymywał śmiech.
- Chromolę… - coraz bardziej mi sie to podobało. Dotyk chłodnego metalu, ciepły głos Svena i wino roztopiły mnie do reszty. Znów usiadłam na masce i zsunęłam sukienkę z ramion. Sven Ciągle robił zdjęcia. Na kilku następnych siedziałam już na masce citroena w samych majtkach… Znów przymknęłam oczy. Trzaski migawki ustały. Nim jednak zdążyłam otworzyć oczy, poczułam, że podszedł do mnie. Chciałam zareagować, jakaś resztka nagle obudzonego rozsądku kategorycznie domagała sie, żebym ubrała sie i wyszła. Tyle, że zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, pocałował mnie.
Kobieta, którą usiłowałam ukrywać w sobie tym razem całkowicie nade mną zapanowała. Nie ważne, że prawie go nie znałam, że byłam wstawiona. Chciałam, żeby mnie adorował, pieścił, żebym była dla niego atrakcyjna… Chciałam, żeby widział we mnie nie mechanika, nie kogoś, kto tworzy samochody, ale kobietę… Może nie jakąś szczególnie piękną, ale kobietę…
Jego usta stawały sie coraz bardziej zachłanne, było ich wszędzie pełno: na twarzy, czole, szyi, oczach. Objęłam go mocno rekami i nogami. Buty z cichym stuknięciem spadły na ziemie.
- Sven…chce być dla ciebie kobietą… - wyszeptałam mu do ucha.
- Jesteś, jesteś już od dawna…
Ułożył mnie delikatnie na masce samochodu. Drgnęłam, kiedy chłodna blacha dotknęła moich pleców. Sven nie przestawał mnie całować. Zszedł niżej, całował teraz szyje, dekolt, czułam jego dłonie na biodrach… Czułam sie kobietą! Pieszczoną, atrakcyjną… Położyłam dłonie na głowie Svena, skierowałam go na piersi. Pojął od razu. Objął ustami sterczący sutek, przygryzł go… Aż jęknęłam z rozkoszy… Był cudowny… Delikatny, ale zdecydowany, wiedział czego chce… Pieścił mnie, głaskał, całował… Czułam jego usta coraz niżej, na brzuchu, biodrach, udach… Sama nie wiedząc, co robie, postawiłam nogi na ziemi i uniosłam nieco biodra, pomagając mu zsunąć cienką koronkę. Po chwili leżałam już całkowicie naga na czarnej masce samochodu. Jedyne, co miałam na sobie to błękitny wisiorek. A Sven wtulił twarz miedzy moje uda…
właściwie nawet nie musiał specjalnie pieścić mojego łona. Ledwo poczułam jego gorący oddech na wilgotnych, rozpalonych płatkach, kiedy w dole brzucha zaczęła narastać wibrująca fala… Przycisnęłam jego twarz z całej siły do swojej cipki… Wszystko zawirowało…
Kiedy trochę ochłonęłam, Sven tulił mnie do siebie. Nie chciałam już na nic czekać. Prawie zdarłam z niego koszulkę i zaczęłam mocować sie z paskiem. Uśmiechnął sie lekko, pocałował mnie…
- Pomogę ci…
Odpiął pasek, pomógł rozpiąć spodnie… Ściągałam je z niego, nie mogąc doczekać sie, kiedy będzie mnie kochał, kiedy poczuje go w sobie. Jeszcze chwila, i stał przede mną nagi. Wielki, nagi Wiking. Przytuliłam sie do jego muskularnego ciała, objęłam mocno. Sven ciągle trzymał w ręce spodnie. Teraz, za plecami, wolną ręka szukał czegoś w kieszeni. W końcu rzucił spodnie na podłogę. Odsunął mnie na moment. W reku miał opakowanie prezerwatyw.
- Daj… ja…
Przyklęknęłam, rozdarłam folie i nasunęłam cienką błonę na jego sterczące, tak samo wielkie jak cały on, narzędzie. A potem przytuliłam sie do niego znowu. Po chwili poczułam jego dłonie na pośladkach. Podniósł mnie, jak piórko, siedzącą na jego dłoniach… A potem delikatnie opuścił, wprost na swoja sterczącą męskość.
- Połóż mnie na nim… - jęknęłam, wskazując głową na samochód.
Cały czas tkwiąc we mnie, niczym najdelikatniejszy klejnot, ułożył mnie na czarnej blasze. Znów pocałował… Chwyciłam w dłonie jego twarde, napięte pośladki. Czułam, jak grają mięśnie, kiedy poruszał sie powoli we mnie. Zachłannie pocałowałam go w usta. Czarny samochód bujał sie w rytmie jego pchnięć, coraz szybszych, coraz bardziej namiętnych. Chłonęłam jego bliskość, ciepło, sile całym ciałem. Kolejny orgazm nie zaskoczył mnie już, czekałam, aż rozleje sie po całym ciele, wstrzyma oddech, wstrząśnie każdym najmniejszym nerwem… I taki właśnie był, wszechogarniający, potężny strumień czystej energii… A Sven wciąż jeszcze poruszał sie we mnie. Dopiero po paru chwilach, gdzieś na obrzeżach świadomości dotarł do mnie jego przyspieszony oddech i niemal miażdżący żebra uścisk…
- Sven, proszę, zanieś mnie do łóżka… - wyszeptałam, kiedy pocałował mnie znowu.
- Trzymaj sie…
Znów złapał mnie za pupę. Objęłam go mocno rekami i nogami. Niósł mnie tak, przytuloną, z jego męskością wciąż zagłębioną w moim wnętrzu. Po drodze nogą wyciągnął kabel z gniazdka. W garażu zapanował półmrok, rozświetlany tylko padającym przez drzwi na prowadzące do mieszkania schody światłem żarówki.
Zaniósł mnie do sypialni. Położył na wielkim, drewnianym łóżku. Znów tulił, całował, pieścił… A ja? A ja rozryczałam sie jak idiotka…
- Co sie stało? - zapytał, kiedy tylko dostrzegł łzy.
Przez chwile nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa… W końcu pozbierałam sie na tyle, żeby przez szloch powiedzieć
- Jestem taka szczęśliwa…
Otulił mnie, przyciągnął do siebie. Wielki facet, który znalazł we mnie kobietę…

W pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Otworzyłam oczy, lustrując obce wnętrze. Dopiero po kilku sekundach budząca sie dopiero świadomość odtworzyła wydarzenia ostatnich dni. Svena nie było w pokoju. Ale szybko domyśliłam sie, gdzie jest. zapach kawy i grzanek docierał do sypialni wystarczająco wyraźnie. Właśnie miałam sie podnieść, kiedy wszedł. Kompletnie nagi. Wielki, jasnowłosy Wiking. Brakowało mu tylko hełmu z rogami i miecza. No, miecz miał… Niósł przed sobą tace z parującymi kubkami i grzankami.
- Hej!
- Cześć, mój jarlu… - przeciągnęłam sie i posłałam mu leniwy, zalotny uśmiech. Skąd ja to umiem?
- Jak sie spało?
- Doskonale.
Postawił tace na łóżku. Pocałował mnie w czoło. Podał mi kubek z kawą.
- Mam nadzieje, że wypijesz bez mleka… Skończyło mi sie…
- Nie szkodzi, i tak nie lubię mleka. I nie słodzę… Wspominałam już, że jesteś cudowny?
- Od wczoraj wieczorem ze trzydzieści razy…
- Jesteś cudowny…
- Trzydzieści jeden… - wybuchnął śmiechem.
- Taaa… Ale i tak jesteś.
- Przesadzasz.. Chrapie, zostawiam po sobie bałagan i pracuje w najbardziej nieprzyzwoitych godzinach…
- Taaa, jasne… I tak jesteś.
Przekomarzając sie wypiliśmy kawę. W końcu matka natura dała znać o sobie. Pocałowałam Svena i poszłam do łazienki. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyniósł do łazienki moją sukienkę. Kiedy wyszłam spod prysznica, leżała na stołeczku. A na niej para niebieskich, jedwabnych, bardzo skąpych majteczek. Ubrałam sie i z mokrą głową weszłam do kuchni. Sven siedział na krześle i czytał gazetę. Kiedy tylko usłyszał człapanie bosych stóp o podłogę, złożył ja i położył na stole.
- Bo, musimy poważnie porozmawiać - poprawił na nosie okulary.
Zamarłam. Jasne, To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Teraz powie mi, że miło było, ale ma żonę… Albo że fajna ze mnie podrywka… Zastanawiałam sie, czy rzucić sie na niego z pięściami już teraz, czy dopiero za moment. Zdecydowałam sie jednak na zimną wyższość.
- Tak? - powiedziałam z największym chłodem, na jaki mnie było stać.
- Wiesz, miło nam było razem… - wiedziałam. Wiedziałam, że to tak sie skończy. Teraz mi powie, że mam spadać… - ale musimy sie jeszcze rozliczyć za samochód… W końcu…
Nie dałam mu skończyć. Zaczęłam sie tak histerycznie Śmiać, że uspokoić udało mi sie dopiero po dobrych dziesięciu minutach. Sven patrzył na mnie jak na wariatkę. Kiedy wreszcie odzyskałam zdolność mówienia, wypaliłam:
- OK., jak sie ze mną pokłócisz, to odbiorę sobie honorarium…
- O nie. Pozwól sobie przynajmniej oddać za części…
- Nie. Dopóki będę z tobą, nie pozwolę sobie zapłacić ani korony.

Nie oddał do dziś.

Leave a Reply